czwartek, 7 lipca 2016

Komiksowe lato (1) Astonishing X-men


I tom kupiłem go w ciemno na konwencie (jedno z większych konwentowych szaleństw 55 złotych za komiks tylko dlatego, że napisał go Joss Whedon, twórca firefly, który teraz marnuje swój potencjał w MCU).
Ja z X-men mam tak, że od początku podobał mi się ich koncept, ale za każdym razem, gdy sięgałem po coś z nimi to było jak dla mnie słabe. I film był dla mnie średni, II totalnie słaby i dość nie pamiętam żadnego z wątków, Ostatni bastion wyłączyłem w połowie (choć sam pomysł z lekiem był ciekawy i co ciekawe pojawia się on w Astonishing X-men)
TAS był okropnie dziecinny (ten Spider-mana bronił się nawet gdy po raz pierwszy widziałem go mając 21 lat, a X-men nie)
X-men Ewolucja nie miało zbyt wiele wspólnego z X-men, poza użyciem postaci. Jedyny plus jest taki, że tak po raz pierwszy zobaczyłem postać shadowcat.
Potem czytałem komiksy wydane przez TM-Semic z serii X-men. I chociaż były fajne elementy (pojawienie się shadowcat, oraz postać Nightcrawler).
Następnie Ultimate X-men. Strasznie mnie niewciągnęło, wręcz nudziło i jak zawsze to było tak, że postaci i pewne pomysły wydawały mi się fajne, ale ogólnie jako całość wydało strasznie średnio nudząc mnie.Chociaż jak czytałem Ultimate Spider-mana, to wątki w których gościli X-meni były fajne. I to tam postać Shadowcat była super.


Co do Astonishing X-men tomy 1-3:
+Dobrze rozpisana ekspozycja w pierwszym tomie. Stosunkowo łatwo można wychwycić o co chodzi (w teorii to niby każdy run jest tak pisany, ale temu wychodzi to naprawdę dobrze)
+Świetna postać Shadowcat (szkoda, że w filmach nie jest główną postacią, może wtedy byłyby lepsze)
+Ogólna intryga ciekawa
+Fajne zwroty akcji
+Dużo relacji między postaciami
+Dla mnie było plusem, że znajomość X-menów z lat 80., które wydawał TM-Semic mi się przydało (bo to oznaczało, że pomimo, że czytając Sagę mrocznego feniksa, czy cały wątek Hillfire Club się nudziłem, to chociaż dzięki temu rozumiałem więcej z AX-M)

+Wszystkie postaci są bardzo charakterystyczne i dobrze zarysowane
+Motyw z lekiem na mutacje świetnie poprowadzony
+Gościnne występy innych postaci (w tym biały Nick Fury, Fantastyczna czwórka czy Spider-man)


+Smok Shadowcat jest super!
+Ładne rysunki
+Beast wyglada bardziej kocio, ale to nawet bardziej mi się podoba
-Wątki z drugiego i trzeciego tomu trochę nie są tak super jak pozostałe i momentami wydają się trochę za bardzo nadmuchane, potraktowane przesadnie podniośle. Ale nadal to ciekawe wątki.

niedziela, 8 listopada 2015

Babilon 5 sezon 2 Nadejście cieni

Nadejście cieni
Tak nazywa się drugi sezon serialu. Już od pierwszego odcinka w pełni wynagradza przetrwanie gorszych momentów 1 sezonu. Fabuła serialu była planowana jako całość i to widać. 2 sezon to praktycznie wstęp pod kolejne wydarzenia. Praktycznie każdy odcinek jest na swój sposób ważny, a konfrontacje między stronami przechodzą do następnego etapu.

Zmieniają się też postaci. Jednej z najnudniejszych się pozbyto, a wiele innych przeżyło spore zmiany charakteru związane z wydarzeniami dziejącymi się wokół. W tym serialu nie ma postaci jednoznacznie dobrych czy złych. Jedni czasem mając dobre intencje zatracają się w agresji, inni muszą porzucić walkę i działać bardziej politycznie.
Do serialu dodano trochę humoru tu i ówdzie w mniej znaczących wątkach. Nie psuje on oglądania, raczej pozwala spojrzeć trochę z innej perspektywy na bohaterów i rozładować napięcie. To rzecz, której trochę brakowało w pierwszym sezonie.
Scenografia, kostiumy nadal świetne. Wiadomo, że seriale, zwłaszcza te stare są dość ograniczone w tym zakresie. Jednak twórcy ładnie z tego wybrnęli. Dobrze wykorzystali to co dało się zrobić, byśmy uwierzyli w te miejsca. Efekty komputerowe choć mocno sztuczne to mają swój retroklimat i dodają serialowi uroku.
Czołówka jest znacznie lepsza niż w pierwszym sezonie.
W serialu nie zabrakło tajemnic, zwrotów akcji i różnych politycznych rywalizacji. 2 sezon mocno na tym się skupia i robi to naprawdę dobrze.
9/10

poniedziałek, 26 października 2015

Babilon 5 Zjazd, Znaki i zapowiedzi

Babilon 5 jest serialem science fiction, space opera. Opowiada o stacji, która ma być niezależną przestrzenią dyplomatyczną mającą jednoczyć wszelkie rasy.

Początkiem "Babylon 5" jest jednak film Zjazd, będący pilotem serialu.

Zjazd
Film z 1993 roku jest prologiem serialu. Jeśli patrzeć na niego jak na zwykły film, to mamy dość średnią, sztampową historię. Jednak ma on swoje momenty. Służy w miarę dobrze jako wprowadzenie, bo mamy tu wiele scen, które zapoznają nas ze światem i postaciami. Jednak sama fabuła filmu jest dość słaba. Jedyny powód do obejrzenia to właśnie te sceny wprowadzające, bo one wyszły świetnie. Gdy pierwszy raz podchodziłem do serialu, sceny z filmu bardziej zapamiętałem niż te w serialu.
4/10

Sezon 1: Znaki i zapowiedzi
Sezon ten jest właściwie wstępem do serialu i w tym kryje się cała jego wada. Twórca serialu widać, że umie wymyślać całe światy, obce rasy i mnóstwo rzeczy tworzących ten świat, jednak nie idzie mu zbyt dobrze zrobienie pojedynczych odcinków, które wprowadziłyby do niego widza. Stąd też poziom sezonu jest nie równy. Zdarzają się odcinki bardzo słabe, a zdarzają się mega rewelacyjne. Czasami same odcinki trudno oceniać bo na kilka prezentowanych wątków jeden jest ciekawy, a pozostałe nudne. Najlepiej wychodzą te odcinki, które widać, że są zapowiedzią tego wokół czego będzie toczyć się akcja kolejnych sezonów. Tajemnice, które sprawiają, że aż człowiek chce sięgnąć po następny odcinek. Zazwyczaj jednak ten następny jest powrotem do mało ważnych spraw.

To co wyróżnia Babilon 5 od chociażby Star Trek DS9, to znacznie poważniejsze historie. Tu nie zawsze mamy szczęśliwe zakończenia, postaci stoją czasem przed dylematami, które faktycznie mają jakieś znaczenie i gdzie nie ma dobrej i słusznej drogi. W Babilon 5 postaci są rozbudowane, złożone. Nie ma tych dobrych, ani tych złych. Tutaj każda rasa ma coś na sumieniu. Przedstawione rasy mają swoją historię, w której nie brakowało przemocy i konfliktów zbrojnych.

Gdyby serial powstawał w dzisiejszych czasach raczej zostałby zdjęty po kilku odcinkach. Twórca "Babilon 5" nie potrafi tworzyć pojedynczych historii, które wprowadzą widza w to wszystko i chwycą go tak by nie odszedł. 1 sezon miejscami zapowiada ciekawe rzeczy, lecz gdybym nie wiedział, że kolejne sezony są znacznie lepsze to raczej bym przerwał oglądanie w trakcie.
4/10

środa, 23 września 2015

Różowe lata 70.

Jak zapewne wielu wie, jestem fanem seriali space opera. Jednak jest jeszcze jeden gatunek, który lubię i  z którego wiele widziałem. Są to seriale komediowe. Lubię je. Gdy czasem nie mam co robić odpalam Comedy central i patrzę co nadają. W ten sposób napotkałem mnóstwo seriali. Sporo z nich była dość średnia, parę słabych, ale i też trochę dobrych.

Omawiany serial początkowo robił na mnie dość słabe wrażenie do czasu kiedy nie natrafiłem na maraton jednego z sezonów. Pomimo iż na tle innych seriali nie wydawał się niczym szczególnym na tle innych przedstawicieli gatunku to jednak dialogi i postaci były na tyle dobre, że nawet nie pomyślałem o przełączeniu na inny kanał.

W ciągu ostatnich dni obejrzałem od początku do końca wszystkie sezony serialu "Różowe lata 70.".
Od początku do końca, wszystkie odcinki.

Serial opowiada o młodych ludziach żyjących w latach 70. Główne postaci są zasadniczo wielkim plusem serialu. Każda postać ma w sobie coś charakterystycznego, co sprawia, że ich interakcji z innymi są ciekawe i zabawne. Poza tym postaci się rozwijają i to w miarę konsekwentnie. To co przeżyli w jakiś sposób wpływa na nich. Poza tym twórcy prze większość czasu umiejętnie stawiali przed bohaterami kolejne wyzwania tak, by z jednej strony nie było nudno, a z drugiej są one dość realne i nie popada się tu przesadę. Płynnie jedne problemy przechodzą w drugie, nie niszcząc jednak samych postaci.

Plusem są dialogi. To jedna z ważnych elementów gatunku. I w tym serialu są one dobre. Nie jeden tekst zostaje w głowie po obejrzeniu.
Zaletą też są różne wstawki w stylu wyobrażeń bohaterów, które nawiązują do popkultury.

Oczywiście poziom serialu nie jest równy. Pierwsze 2 sezony są dobre. Dość często nawiązują one do wydarzeń lat 70. jak chociażby rosnący feminizm czy premiera "Gwiezdnych wojen". Fabuła choć często czerpie popularnych motywów to jednak robi to często w świeży sposób. Potem mamy 3 sezon, który jest dość mocno sztampowy, a serial zaczyna być po prostu kolejnym sitcomem jak wiele innych. Wiele żartów było już mniej zabawnych, fabuły były mniej przemyślane, a za to bardziej przewidywalne. Na szczęście dość mądre posunięcie twórców przy zakończeniu sezonu otworzyło furtkę do sezonu 4-tego. Już pierwszy odcinek jest interesujący, a później jest tylko lepiej. Sam finał też był ciekawy. Potem sezon 5, który trzymał poziom poprzednika. Sezony 4-5 co prawda skupiał się bardziej na postaciach niż na latach 70. jednak ponieważ postaci były dobrze napisane, to nie przeszkadzało to serialowi, a działało na jego korzyść. Niestety jak osiąga się szczyt to można tylko spaść. Szósty sezon był już słabszy od poprzedników. Nadal był to dobry serial, ale niektóre motywy, były dość kiepsko poprowadzone. I w tym sezonie mamy też moim zdaniem słaby wątek w finale sezonu. Zarówno początek jak i finał 6 sezonu nie są tak dobre jak przy poprzednich, a zakończenie tego sezonu może nawet wydawać się nieco bezsensowne. 7 sezon  kontynuował dalej historie, ale ma się wrażenie, że już twórcom troszeczkę brakowało pomysłów. Rozwój postaci i to co się z nimi wcześniej działo miało tutaj mniejsze znaczenie. Pojawiło się masa motywów z dość naciąganą logiką. Finał choć trochę poruszający i nostalgiczny to jednak patrząc z perspektywy fabuły zdawał się być kitem wciśniętym w ostatniej chwili. 8 sezon był jednak najsłabszy. Brakowało już pomysłów. Nawet odejście aktorów grających dwie z głównych postaci, nie zepsuło tak tego sezonu jak po prostu brak pomysłu na dalsze losy bohaterów. Zakończenie nie wyróżnia się zbytnio, ani na plus ani na minus. Jest tak samo miałkie jak reszta sezonu.

Wadą serialu może być poziom niektórych odcinków w ostatnim sezonie. Tak samo konsekwencja i dobre rozbudowywanie postaci ginie gdzieś w 7 sezonie. Niektóre odcinki czy żarty mogą się wydawać czasem nieco  wtórne.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Grałem w grę (1) Bioshock Infinite

Gry komputerowe mają w sobie pewien potencjał, który niestety rzadko kiedy jest wykorzystywany. Chodzi mi o sposób opowiadania opowieści. Gry często spychają fabułę na margines traktując ją tylko jako pretekst. A nawet jeśli opowiadają pełnowymiarową historie to upodabniają ją do innych mediów. Na przykład w starych RPG czy grach tekstowych fabuła była opowiadana jak w książce, głównie poprzez opisy i pojedyncze ilustracje (sam obraz pełnił bardziej funkcje pewnych umownych symboli). W dzisiejszych czasach wiele gier próbuje naśladować filmy. Jednak wychodzi to różnie.

Bioshock Infinite jest świetne jeśli chodzi o warstwę fabularną. Doskonale wykorzystuje specyfikę gry komputerowej by opowiedzieć historie. Dla niektórych wadą może być, że na aspekcie opowieści skupiono się za bardzo.  Gra ma bowiem poważną wadę: jako gra sama w sobie nie jest niczym rewelacyjnym czy innowacyjnym. Pod względem systemu rozgrywki pojawiają się pewne rażące błędy i dziwne rozwiązania. Przez to zwłaszcza pod koniec strzelanie robi się upierdliwym dodatkiem to wspaniałej opowieści. Zwłaszcza, że pod koniec większość wrogów zaczyna się powtarzać, a ci nowi nie są ciekawi, tylko bardziej irytujący. Problemem bywa to, ze w grze mamy przy sobie tylko dwie bronie. Za każdym razem jak podnosimy nową tracimy tą którą mieliśmy w ręce. Czasami może doprowadzić do tego, że podczas finału nie będziemy odpowiedniej broni i będziemy musieli powtarzać ów etap mnóstwo razy. Niestety w finale poziom trudności nagle skacze i nawet na najłatwiejszym poziomie sprawia trudności.
Fabuła może się wydawać prosta. Mamy pójść do pewnej wieży i zabrać z niej więzioną młodą dziewczynę. Jednak to sprowadza na nas kłopoty.
Może to brzmieć jak jakaś baśń, jednak pomimo pięknej nieco bajkowej grafiki i pewnych elementów fabuły, gra jest bardzo mroczna. Bajkowa stylistyka służy jako pewien kontrast z mroczniejszymi lokacjami.  Świat gry jest piękny. nie jest to jakaś fotorealistyczna grafika, ale jest bardzo ładna. Główne miejsce akcji czyli miasto Columbia jest niesamowicie piękne. W sumie nie widziałem ładniejszej lokacji w żadnej grze komputerowej. Nie dość, że mamy tu piękną architekturę, to jeszcze każdy budynek, każda lokacja ma masę różnych szczegółów. Dużo jest wszędzie różnych plakatów propagandowych czy rzeczy, które mówią nam o historii miasta.
Historia opowiedziana w grze jest w miarę sprawnie. Klimat opowieści wręcz wylewa się z ekranu. W dodatku fabuła mówi o wielu różnych rzeczach, a nawet ma porządne zwroty akcji, które mają sens. Problemem niestety jest to, iż w Polskiej wersji nie możemy zobaczyć wszystkich elementów układanki w rodzimym języku. Audiodzienniki na które natrafiamy w różnych miejscach, które mówią nam co nie co na temat świata, nie zostały przetłumaczone na język Polski. Tak samo różne plakaty czy napisy pojawiające się na elementach otoczenia. Jednak nie przeszkadza to w ukonczeniu i cieszeniu się nią.
W grze pomaga nam Elisabeth, dziewczyna, którą ratujemy z wieży. Jest to świetnie zrobiona postać. Nie dość, że ma ona dużo charakteru, to widać też, że twórcy bardzo się starali by jej zachowanie było jak najbardziej realistyczne. I udało im się to. Postać, ta zachowuje się bardzo naturalnie, że aż ciężko uwierzyć, że nie jest prawdziwa.
W dodatku twórcy znaleźli dla tej postaci dobre zastosowanie w walce. Podczas, gdy my strzelamy do hord wrogów, ona szuka amunicji i soli (coś jak mana w butelce). W dodatku jest też w stanie aktywować pewne elementy otoczenia. Postać ta jest sercem tej gry. Jej relacja z Bookerem (postać w którą się wcielamy) jest świetnie poprowadzona.

Zdecydowanym plusem fabuły jest to jak bardzo jest ona kompletna. Nie ma tu żadnych furtek do sequela. Żadnych gorzej wykorzystanych elementów fabuły. Po prostu mamy kompletną opowieść.
W momencie premiery gry nie mieliśmy w niej nic poza fabularną kampanią. Jednak z czasem pojawiły się 3 DLC do gry.

Starcie w chmrach
Pierwszym z nich było Starcie w chmurach czyli swego rodzaju tryb wyzwań, gdzie walczymy z hordami przeciwników. Każda misja ma też zadanie specjalne. Na przykład zabij wszystkich wrogów z określonej broni, albo nie strać punktów życia.
Dodatek zawiera 4 areny, które niestety są żywcem przeniesione z samej gry.
Jak wspominałem walka w Bioshocku nie była zachwycającym elementem (była wykonana na poziomie poprawnym), stąd też ten dodatek nie ma w sobie nic wielkiego i ważnego.

Pogrzeb na morzu część 1
Ten dodatek otwiera cykl dwóch dodatków wiążących Infinite z poprzednimi Bioshockami. Dla fanów tych gier jest to ciekawa rzecz. Problemem jest jednak to, że pierwsza część w gruncie rzeczy dość krótka. Całość można przejść w dwie godziny.
Dodatek jest dość drogi i jak na tak krótką grę kosztuje zbyt dużo. Na szczęście każdy, kto posiada Polską pudełkową wersje gry wszystkie trzy dodatki dostaje gratis.Na steam można wykupić dostęp do wszystkich dodatków i jest to bardziej opłacalna opcja. Zwłaszcza jak znajdziemy jakąś dobrą ofertę.
Pogrzeb na morzu część 2
Druga część jest znacznie dłuższa. Można powiedzieć wręcz, że jest trochę za długa. Fabuła powiem jest dość prosta, ale trochę za bardzo przeciągana na siłę. Warto wspomnieć, że w tym dodatku wcielamy się w Elisabeth, co ma zasadnicze wady. Po pierwsze nikt nam nie podaje amunicji, ani soli. Po drugie nie widzimy Elisabeth. Po trzecie postać ta jest znacznie słabsza w walce i wiele poziomów jest stworzonych wokół skradania.
Jest tu jeszcze więcej nawiązań do Bioshocków. Sam dodatek ma swoje plusy jednak mnie jakoś nie zachwycił. Jeśli mamy go za darmo to warto przejść, ale czy warto kupować? No tylko jeśli ktoś bardzo lubi Bioshocka.
Warto też zauważyć iż oba dodatki Pogrzeb na morzu dość mocno odchodzą od atmosfery Bioshock Infinite i trochę mi się to nie podobało. Mimo wszystko wolałbym cos bliższego głównej grze.
Choć są pewne momenty, którymi się nieźle zachwyciłem, to były też takie które mnie zamęczyły i były dla mnie już trochę zbyt przesadnie mroczne.


CIEKAWOSTKI
-Sama gra zmieniała się przez lata. W pierwszym filmiku odnośnie gry, pochodzącym z 2010 roku, Elizabeth wygląda nieco inaczej i pełni inną rolę w walce. Zamiast szukać amunicji to używa specjalnych umiejętności do walczenia z atakującymi nas wrogami.
-W 2011 pokazano filmik z rozgrywki. Żadna z tych sekwencji nie trafiła do ostatecznej gry. Warto jednak dodać, że w ów filmiku znajduje się odniesienie do Gwiezdnych wojen. W jednym z momentów widać kino z napisem Revenge of the Jedi (tytuł który miała mieć 6 część Star Wars zanim zmieniono ją w Powrót Jedi).

Gra Bioshock Infinite jako gra nie wymiata, wręcz miejscami irytuje i nudzi. Jednak jako opowieść jest naprawdę ciekawą pozycją, która może zainteresować nawet niedzielnych graczy.
Szkoda, że nie ma więcej takich gier. Chętnie zobaczyłbym opowieść z tak ciekawą fabułą wśród gier Star Wars. Niestety zamiast tego produkują Battlefronta, który nie będzie miał fabuły.
Szkoda, że twórcy gier nie dostrzegają potencjału opowiadania opowieści w nich. Sami gracze czasami mówią. "Chcesz fabuły? to obejrzyj sobie film.". Co pokazuje, że ludzie nie rozumieją, że opowieść opowiedziana w grze jest inna niż filmowa. Gra poprzez interaktywność ma większą możliwość wciągnięcia nas w opowieść.

środa, 17 czerwca 2015

Nostalgiczna telewizja (1) Europa da się lubić

Jak już zobaczyliście w moim rankingu najbardziej nostalgicznych programów telewizyjnych bardzo lubiłem program "Europa da się lubić". Mój opis zawarty w ów artykule był nieco chaotyczny, przez co postanowiłem napisać nieco więcej o tym programie.

W programie obcokrajowcy mieszkający w Polsce opowiadali o swoich krajach. Program ten wystartował w 2003 roku i miał za zadanie przybliżyć Polakom kraje europejskie.

Ze wszystkich programów jakie leciały w telewizji ten lubiłem najbardziej. Zaczęło się w 2003 roku, kiedy to przez cały miesiąc miałem nogę w gipsie. Dzięki temu zamiast chodzić do szkoły mogłem całymi dniami siedzieć przed telewizorem (internet wtedy wydawał mi się nierealnym marzeniem). Przełączając po kanałach natrafiłem na TVP2 i program "Europa da się lubić". Obejrzałem i uznałem, że jest to w miarę ciekawy program. Jednak to nie był moment, kiedy zostałem jego wielkim fanem. Nie było źle, ale to jeszcze nie był poziom, który potrafiłby mnie jakoś wciągnąć. Niby wszystko było na swoim miejscu, jednak dopiero w następnych sezonach program kompletnie rozwinął skrzydła.
Co ciekawe na zakończenie pierwszego sezonu poleciał odcinek specjalny. Nie było to nic szczególnego, po prostu zmontowane różne fragmenty z odcinków programu. Ów odcinek miał emisje tylko raz i to dość późno (Niedziela 22.45). W internecie nie ma żadnych danych o nim, nie istniał on w oficjalnym spisie jaki można było znaleźć na stronie TVP kiedyś. Na wikipedii też nie ma o nim żadnej informacji. Pamiętam oprócz pory o której leciał to, że był on dłuższy niż godzina. Na tym urywają się wszelkie moje wspomnienia o tym.

Nastał 2 sezon. Zdecydowanie program nabrał kolorów. Było znacznie ciekawiej, zabawniej i jakoś znacznie lepiej się to oglądało. Pojawiło się parę nowych osób, które nadawały programowi wiele uroku jak chociażby Elisabeth Duda czy Martina Karlova. Same odcinki miały też ciekawe tematy przewodnie.
Warto wspomnieć iż był to czas szczytu popularności programu. Jego uczestnicy zaczęli się co raz częściej pojawiać w innych programach. Latem 2004 roku był specjalny program Lato bez granic. Była to letnia modyfikacja Pytania na śniadanie, którą współprowadzili uczestnicy  z "Europa da się Lubić".

 3 sezon w sumie był fajny, ale jakoś się nie wyróżniał. Jak dla mnie był trochę słabszy. Nie wiem czy to kwestia poruszanych tematów, czy tego, że nieco rzadziej na ekranie pojawiały się osoby, które lubię najbardziej.
Z okazji 50. odcinka pojawił się benefis "Europa da się lubić". Był on bardzo słaby. Całość trochę zrealizowana bez pomysłu. Różne żarty, występy były dość nudne. Ostatnimi czasy udało mi się obejrzeć go jeszcze raz i zrobił na mnie równie negatywne wrażenie.
Kolejnym rozczarowaniem był fakt iż w wakacje 2005 roku nie było żadnych powtórek programu. Nie dość, że trzeba było czekać kilka miesięcy na nowe odcinki to nie było możliwości objerzenia ponownie poprzednich, ani zobaczenia tych, które się przegapiło. Warto wspomnieć, że program nie posiadał żadnego pasma powtórkowego, więc jeśli przegapiło się dany odcinek to można było liczyć tylko na to, że kiedyś dadzą powtórkę. A te jak były puszczane to w godzinach typu 13 w środku tygodnia i to kompletnie losowo dobierając odcinki. Tak więc możliwość obejrzenia powtórek w wakacje byłaby fajna.

Po wakacjach pojawił się kolejny sezon programu. Pasmo rozczarowań kontynuowane. Pierwszy odcinek, który nam zaprezentowano po wakacjach czyli Europa Miss był dość nudny i słaby. W dodatku zmienił się wygląd studia. Był on może i ładny, ale nie pasował do tego programu. Ten pomarańczowo-fioletowy wystrój był w programie najdłużej i gdy go ujrzałem pomyślałem sobie "Jakie to beznadziejne. Gorszego nie mogli wymyślić" (dobra rada: nigdy nie mów gorzej być nie może bo wszechświat może zrozumieć to jako wyzwanie, ale do tego wrócimy później :D )
Na szczęście kolejne odcinki 4 sezonu serialu wynagradzały słaby poziom tego pierwszego. A już dwa tygodnie po emisji tego marnego odcinka pokazano ten, który do dziś jest moim ulubionym czyli Vive la France! Był on dość zabawny, interesujący i było w nim dużo Elisabeth Duda.
To był sezon przy którym wciągnąłem się na maxa w oglądaniu programu. Jak tylko zaczynał się program rzucałem wszystko i oglądałem.
Co ciekawe w tym sezonie popularność programu spadła. Wynikało to z tym, że po wejściu Polski do Unii skończył się szał na związane z tym programy. Poza tym program był nadawany w niedzielę o 20, kiedy TVN wypuścił 2. edycje Tańca z gwiazdami. Europa da się lubić rzucano po ramówce (wrzucano go na poniedziałki 21, środy o 19).  Mówiło się nawet zdjęciu programu z anteny.

Sezon 5 był nieco słabszy. Co raz częściej poruszano tematy, które już miały swój odcinek. Zwłaszcza pod koniec tego sezonu widać było trochę więcej nudy i wtórności. Były też jasne punkty. 100 odcinek został uświęcony porządnym odcinkiem, co mnie cieszyło.
W sezonie piątym program powoli zniżał swoją formę.

Jednak był on niczym wobec szóstego sezonu. Wygląd studia przerzucił się z jednej skrajności w drugą. Po bardzo jaskrawych kolorach, teraz studio było czarne. Kompletnie nie pasowało to do rozrywkowego programu.
Poruszane tematy to głównie powtórki tego co już było. I nie byłoby może w tym nic złego, gdyby nie fakt iż podobnie jak w poprzednim sezonie co raz więcej pojawiało się nowych uczestników. Ci zaś nie mieli tego czegoś, co przyciągało widza. Większość z nich była po prostu nudna.
Zwieńczeniem programu był odcinek Europa bye, bye, który został specjalnie nakręcony po tym jak ogłoszono zakończenie emisji programu. Był on pożegnaniem z programem. Dla mnie było to dość spore wydarzenie. Cieszę się, że TVP dała możliwość fanom programu pożegnać się z nim zamiast po prostu urywać go bez słowa. Było to dla mnie o tyle ważne, ponieważ pomimo niskiego poziomu programu w tym sezonie, ja nadal go oglądałem. Przyjemnie było więc zobaczyć oficjalne zakończenie, w którym pojawią się ci najbardziej znani uczestnicy.

Gdy program się kończył czułem, że nadszedł czas na koniec programu. Po prostu szósty sezon i większość piątego pokazywały, że program ten powoli upada. Jednak nie żałuje tych chwil spędzonych przed telewizorem. W owym czasie raczej byłem dość samotny. Nie wiele było rzeczy, które sprawiały mi radość. Ale ten program niezmiernie mnie cieszył. I jestem w stanie wybaczyć każdy słabszy sezon za te które były najlepsze.

Moje wypowiedzi na temat sezonów nie mają charakteru dokładnej recenzji. Wynika to z tego, iż dziś właściwie to nie da się obejrzeć tego programu. Tak, więc moje opinie opierały się głównie na wspomnieniach jakie mi zostały.

piątek, 15 maja 2015

Wyzwanie 100 filmów w 2015 roku cz.6

Ostatnio mało oglądałem filmów, więc tym razem tylko dwie krótkie recenzje


45. Megamocny
Reklamy i plakaty raczej pokazywały ten film jako komedie. Coś w stylu Shrek czy Epoki lodowcowej. Prawda jest taka, że ten film nie jest komedią.
Co prawda bierze pewne schematy, wykrzywia je i pokazuje w przerysowany sposób, ale dużo bardziej skupia się na postaciach, na ich problemach.
Fabuła nie powala oryginalnością. Większość użytych elementów już widzieliśmy jednak ten film ma ciekawe postaci i oglądanie ich problemów wciąga. Historia broni się bardziej dzięki postaciom, a nie samej fabule.
9/10

46. Zemsta Sithów
Ten film właściwie wydał mi się wspaniały tak jak kiedyś. W sumie to pomimo rozgałęzienia fabuły przedstawiono ją dość sprawnie. Nie było tu bałaganu wielu wątków jak chociażby w trzeciej części Piratów z Karaibów.
Nie jest to może film tak świetny jak oryginalna trylogia, ale jest dość blisko. Oglądając ponownie Atak klonów dostrzegałem co raz więcej problemów tego filmu i rzeczy które w nim nie wypaliły. Przy Zemście Sithów rzeczy, których można by się przyczepić są dostatecznie ukryte. O ile myśląc o filmie jak nerd, rozkładając go na czynniki pierwsze widzi się je i wygladają poważnie. Jednak w samym filmie nie rzucają się w oczy. Mimo, że można było poświęcić przejściu Anakina więcej uwagi, to jednak cała historia ma sens i jest świetnie pokazana.
W filmie mamy dość sporo pięknych planet, wspaniałe pojedynki na miecze świetlne (w dzisiejszych filmach jakoś zapomina się o tworzeniu porządnej choreografii walk). Wszystko to sprawia bardzo pozytywne wrażenie.
Ten film w przeciwieństwie do wielu dzisiejszych produkcji podkreśla emocje bohaterów, umiejętnie używa wszelkich w środków wizualnych jak i dźwiękowych by nadać sceną odpowiedni klimat.
To porządne kino jakiego teraz mi brakuje.
10/10