Jak zapewne wielu wie, jestem fanem seriali space opera. Jednak jest jeszcze jeden gatunek, który lubię i z którego wiele widziałem. Są to seriale komediowe. Lubię je. Gdy czasem nie mam co robić odpalam Comedy central i patrzę co nadają. W ten sposób napotkałem mnóstwo seriali. Sporo z nich była dość średnia, parę słabych, ale i też trochę dobrych.
Omawiany serial początkowo robił na mnie dość słabe wrażenie do czasu kiedy nie natrafiłem na maraton jednego z sezonów. Pomimo iż na tle innych seriali nie wydawał się niczym szczególnym na tle innych przedstawicieli gatunku to jednak dialogi i postaci były na tyle dobre, że nawet nie pomyślałem o przełączeniu na inny kanał.
W ciągu ostatnich dni obejrzałem od początku do końca wszystkie sezony serialu "Różowe lata 70.".
Od początku do końca, wszystkie odcinki.
Serial opowiada o młodych ludziach żyjących w latach 70. Główne postaci są zasadniczo wielkim plusem serialu. Każda postać ma w sobie coś charakterystycznego, co sprawia, że ich interakcji z innymi są ciekawe i zabawne. Poza tym postaci się rozwijają i to w miarę konsekwentnie. To co przeżyli w jakiś sposób wpływa na nich. Poza tym twórcy prze większość czasu umiejętnie stawiali przed bohaterami kolejne wyzwania tak, by z jednej strony nie było nudno, a z drugiej są one dość realne i nie popada się tu przesadę. Płynnie jedne problemy przechodzą w drugie, nie niszcząc jednak samych postaci.
Plusem są dialogi. To jedna z ważnych elementów gatunku. I w tym serialu są one dobre. Nie jeden tekst zostaje w głowie po obejrzeniu.
Zaletą też są różne wstawki w stylu wyobrażeń bohaterów, które nawiązują do popkultury.
Oczywiście poziom serialu nie jest równy. Pierwsze 2 sezony są dobre. Dość często nawiązują one do wydarzeń lat 70. jak chociażby rosnący feminizm czy premiera "Gwiezdnych wojen". Fabuła choć często czerpie popularnych motywów to jednak robi to często w świeży sposób. Potem mamy 3 sezon, który jest dość mocno sztampowy, a serial zaczyna być po prostu kolejnym sitcomem jak wiele innych. Wiele żartów było już mniej zabawnych, fabuły były mniej przemyślane, a za to bardziej przewidywalne. Na szczęście dość mądre posunięcie twórców przy zakończeniu sezonu otworzyło furtkę do sezonu 4-tego. Już pierwszy odcinek jest interesujący, a później jest tylko lepiej. Sam finał też był ciekawy. Potem sezon 5, który trzymał poziom poprzednika. Sezony 4-5 co prawda skupiał się bardziej na postaciach niż na latach 70. jednak ponieważ postaci były dobrze napisane, to nie przeszkadzało to serialowi, a działało na jego korzyść. Niestety jak osiąga się szczyt to można tylko spaść. Szósty sezon był już słabszy od poprzedników. Nadal był to dobry serial, ale niektóre motywy, były dość kiepsko poprowadzone. I w tym sezonie mamy też moim zdaniem słaby wątek w finale sezonu. Zarówno początek jak i finał 6 sezonu nie są tak dobre jak przy poprzednich, a zakończenie tego sezonu może nawet wydawać się nieco bezsensowne. 7 sezon kontynuował dalej historie, ale ma się wrażenie, że już twórcom troszeczkę brakowało pomysłów. Rozwój postaci i to co się z nimi wcześniej działo miało tutaj mniejsze znaczenie. Pojawiło się masa motywów z dość naciąganą logiką. Finał choć trochę poruszający i nostalgiczny to jednak patrząc z perspektywy fabuły zdawał się być kitem wciśniętym w ostatniej chwili. 8 sezon był jednak najsłabszy. Brakowało już pomysłów. Nawet odejście aktorów grających dwie z głównych postaci, nie zepsuło tak tego sezonu jak po prostu brak pomysłu na dalsze losy bohaterów. Zakończenie nie wyróżnia się zbytnio, ani na plus ani na minus. Jest tak samo miałkie jak reszta sezonu.
Wadą serialu może być poziom niektórych odcinków w ostatnim sezonie. Tak samo konsekwencja i dobre rozbudowywanie postaci ginie gdzieś w 7 sezonie. Niektóre odcinki czy żarty mogą się wydawać czasem nieco wtórne.
środa, 23 września 2015
poniedziałek, 20 lipca 2015
Grałem w grę (1) Bioshock Infinite
Gry komputerowe mają w sobie pewien potencjał, który niestety rzadko kiedy jest wykorzystywany. Chodzi mi o sposób opowiadania opowieści. Gry często spychają fabułę na margines traktując ją tylko jako pretekst. A nawet jeśli opowiadają pełnowymiarową historie to upodabniają ją do innych mediów. Na przykład w starych RPG czy grach tekstowych fabuła była opowiadana jak w książce, głównie poprzez opisy i pojedyncze ilustracje (sam obraz pełnił bardziej funkcje pewnych umownych symboli). W dzisiejszych czasach wiele gier próbuje naśladować filmy. Jednak wychodzi to różnie.
Bioshock Infinite jest świetne jeśli chodzi o warstwę fabularną. Doskonale wykorzystuje specyfikę gry komputerowej by opowiedzieć historie. Dla niektórych wadą może być, że na aspekcie opowieści skupiono się za bardzo. Gra ma bowiem poważną wadę: jako gra sama w sobie nie jest niczym rewelacyjnym czy innowacyjnym. Pod względem systemu rozgrywki pojawiają się pewne rażące błędy i dziwne rozwiązania. Przez to zwłaszcza pod koniec strzelanie robi się upierdliwym dodatkiem to wspaniałej opowieści. Zwłaszcza, że pod koniec większość wrogów zaczyna się powtarzać, a ci nowi nie są ciekawi, tylko bardziej irytujący. Problemem bywa to, ze w grze mamy przy sobie tylko dwie bronie. Za każdym razem jak podnosimy nową tracimy tą którą mieliśmy w ręce. Czasami może doprowadzić do tego, że podczas finału nie będziemy odpowiedniej broni i będziemy musieli powtarzać ów etap mnóstwo razy. Niestety w finale poziom trudności nagle skacze i nawet na najłatwiejszym poziomie sprawia trudności.
Fabuła może się wydawać prosta. Mamy pójść do pewnej wieży i zabrać z niej więzioną młodą dziewczynę. Jednak to sprowadza na nas kłopoty.
Może to brzmieć jak jakaś baśń, jednak pomimo pięknej nieco bajkowej grafiki i pewnych elementów fabuły, gra jest bardzo mroczna. Bajkowa stylistyka służy jako pewien kontrast z mroczniejszymi lokacjami. Świat gry jest piękny. nie jest to jakaś fotorealistyczna grafika, ale jest bardzo ładna. Główne miejsce akcji czyli miasto Columbia jest niesamowicie piękne. W sumie nie widziałem ładniejszej lokacji w żadnej grze komputerowej. Nie dość, że mamy tu piękną architekturę, to jeszcze każdy budynek, każda lokacja ma masę różnych szczegółów. Dużo jest wszędzie różnych plakatów propagandowych czy rzeczy, które mówią nam o historii miasta.
Historia opowiedziana w grze jest w miarę sprawnie. Klimat opowieści wręcz wylewa się z ekranu. W dodatku fabuła mówi o wielu różnych rzeczach, a nawet ma porządne zwroty akcji, które mają sens. Problemem niestety jest to, iż w Polskiej wersji nie możemy zobaczyć wszystkich elementów układanki w rodzimym języku. Audiodzienniki na które natrafiamy w różnych miejscach, które mówią nam co nie co na temat świata, nie zostały przetłumaczone na język Polski. Tak samo różne plakaty czy napisy pojawiające się na elementach otoczenia. Jednak nie przeszkadza to w ukonczeniu i cieszeniu się nią.
W grze pomaga nam Elisabeth, dziewczyna, którą ratujemy z wieży. Jest to świetnie zrobiona postać. Nie dość, że ma ona dużo charakteru, to widać też, że twórcy bardzo się starali by jej zachowanie było jak najbardziej realistyczne. I udało im się to. Postać, ta zachowuje się bardzo naturalnie, że aż ciężko uwierzyć, że nie jest prawdziwa.
W dodatku twórcy znaleźli dla tej postaci dobre zastosowanie w walce. Podczas, gdy my strzelamy do hord wrogów, ona szuka amunicji i soli (coś jak mana w butelce). W dodatku jest też w stanie aktywować pewne elementy otoczenia. Postać ta jest sercem tej gry. Jej relacja z Bookerem (postać w którą się wcielamy) jest świetnie poprowadzona.
Zdecydowanym plusem fabuły jest to jak bardzo jest ona kompletna. Nie ma tu żadnych furtek do sequela. Żadnych gorzej wykorzystanych elementów fabuły. Po prostu mamy kompletną opowieść.
W momencie premiery gry nie mieliśmy w niej nic poza fabularną kampanią. Jednak z czasem pojawiły się 3 DLC do gry.
Starcie w chmrach
Pierwszym z nich było Starcie w chmurach czyli swego rodzaju tryb wyzwań, gdzie walczymy z hordami przeciwników. Każda misja ma też zadanie specjalne. Na przykład zabij wszystkich wrogów z określonej broni, albo nie strać punktów życia.
Dodatek zawiera 4 areny, które niestety są żywcem przeniesione z samej gry.
Jak wspominałem walka w Bioshocku nie była zachwycającym elementem (była wykonana na poziomie poprawnym), stąd też ten dodatek nie ma w sobie nic wielkiego i ważnego.
Pogrzeb na morzu część 1
Ten dodatek otwiera cykl dwóch dodatków wiążących Infinite z poprzednimi Bioshockami. Dla fanów tych gier jest to ciekawa rzecz. Problemem jest jednak to, że pierwsza część w gruncie rzeczy dość krótka. Całość można przejść w dwie godziny.
Dodatek jest dość drogi i jak na tak krótką grę kosztuje zbyt dużo. Na szczęście każdy, kto posiada Polską pudełkową wersje gry wszystkie trzy dodatki dostaje gratis.Na steam można wykupić dostęp do wszystkich dodatków i jest to bardziej opłacalna opcja. Zwłaszcza jak znajdziemy jakąś dobrą ofertę.
Pogrzeb na morzu część 2
Druga część jest znacznie dłuższa. Można powiedzieć wręcz, że jest trochę za długa. Fabuła powiem jest dość prosta, ale trochę za bardzo przeciągana na siłę. Warto wspomnieć, że w tym dodatku wcielamy się w Elisabeth, co ma zasadnicze wady. Po pierwsze nikt nam nie podaje amunicji, ani soli. Po drugie nie widzimy Elisabeth. Po trzecie postać ta jest znacznie słabsza w walce i wiele poziomów jest stworzonych wokół skradania.
Jest tu jeszcze więcej nawiązań do Bioshocków. Sam dodatek ma swoje plusy jednak mnie jakoś nie zachwycił. Jeśli mamy go za darmo to warto przejść, ale czy warto kupować? No tylko jeśli ktoś bardzo lubi Bioshocka.
Warto też zauważyć iż oba dodatki Pogrzeb na morzu dość mocno odchodzą od atmosfery Bioshock Infinite i trochę mi się to nie podobało. Mimo wszystko wolałbym cos bliższego głównej grze.
Choć są pewne momenty, którymi się nieźle zachwyciłem, to były też takie które mnie zamęczyły i były dla mnie już trochę zbyt przesadnie mroczne.

CIEKAWOSTKI
-Sama gra zmieniała się przez lata. W pierwszym filmiku odnośnie gry, pochodzącym z 2010 roku, Elizabeth wygląda nieco inaczej i pełni inną rolę w walce. Zamiast szukać amunicji to używa specjalnych umiejętności do walczenia z atakującymi nas wrogami.
-W 2011 pokazano filmik z rozgrywki. Żadna z tych sekwencji nie trafiła do ostatecznej gry. Warto jednak dodać, że w ów filmiku znajduje się odniesienie do Gwiezdnych wojen. W jednym z momentów widać kino z napisem Revenge of the Jedi (tytuł który miała mieć 6 część Star Wars zanim zmieniono ją w Powrót Jedi).
Gra Bioshock Infinite jako gra nie wymiata, wręcz miejscami irytuje i nudzi. Jednak jako opowieść jest naprawdę ciekawą pozycją, która może zainteresować nawet niedzielnych graczy.
Szkoda, że nie ma więcej takich gier. Chętnie zobaczyłbym opowieść z tak ciekawą fabułą wśród gier Star Wars. Niestety zamiast tego produkują Battlefronta, który nie będzie miał fabuły.
Szkoda, że twórcy gier nie dostrzegają potencjału opowiadania opowieści w nich. Sami gracze czasami mówią. "Chcesz fabuły? to obejrzyj sobie film.". Co pokazuje, że ludzie nie rozumieją, że opowieść opowiedziana w grze jest inna niż filmowa. Gra poprzez interaktywność ma większą możliwość wciągnięcia nas w opowieść.
Fabuła może się wydawać prosta. Mamy pójść do pewnej wieży i zabrać z niej więzioną młodą dziewczynę. Jednak to sprowadza na nas kłopoty.
Może to brzmieć jak jakaś baśń, jednak pomimo pięknej nieco bajkowej grafiki i pewnych elementów fabuły, gra jest bardzo mroczna. Bajkowa stylistyka służy jako pewien kontrast z mroczniejszymi lokacjami. Świat gry jest piękny. nie jest to jakaś fotorealistyczna grafika, ale jest bardzo ładna. Główne miejsce akcji czyli miasto Columbia jest niesamowicie piękne. W sumie nie widziałem ładniejszej lokacji w żadnej grze komputerowej. Nie dość, że mamy tu piękną architekturę, to jeszcze każdy budynek, każda lokacja ma masę różnych szczegółów. Dużo jest wszędzie różnych plakatów propagandowych czy rzeczy, które mówią nam o historii miasta.
Historia opowiedziana w grze jest w miarę sprawnie. Klimat opowieści wręcz wylewa się z ekranu. W dodatku fabuła mówi o wielu różnych rzeczach, a nawet ma porządne zwroty akcji, które mają sens. Problemem niestety jest to, iż w Polskiej wersji nie możemy zobaczyć wszystkich elementów układanki w rodzimym języku. Audiodzienniki na które natrafiamy w różnych miejscach, które mówią nam co nie co na temat świata, nie zostały przetłumaczone na język Polski. Tak samo różne plakaty czy napisy pojawiające się na elementach otoczenia. Jednak nie przeszkadza to w ukonczeniu i cieszeniu się nią.
W grze pomaga nam Elisabeth, dziewczyna, którą ratujemy z wieży. Jest to świetnie zrobiona postać. Nie dość, że ma ona dużo charakteru, to widać też, że twórcy bardzo się starali by jej zachowanie było jak najbardziej realistyczne. I udało im się to. Postać, ta zachowuje się bardzo naturalnie, że aż ciężko uwierzyć, że nie jest prawdziwa.
W dodatku twórcy znaleźli dla tej postaci dobre zastosowanie w walce. Podczas, gdy my strzelamy do hord wrogów, ona szuka amunicji i soli (coś jak mana w butelce). W dodatku jest też w stanie aktywować pewne elementy otoczenia. Postać ta jest sercem tej gry. Jej relacja z Bookerem (postać w którą się wcielamy) jest świetnie poprowadzona.
W momencie premiery gry nie mieliśmy w niej nic poza fabularną kampanią. Jednak z czasem pojawiły się 3 DLC do gry.
Starcie w chmrach
Pierwszym z nich było Starcie w chmurach czyli swego rodzaju tryb wyzwań, gdzie walczymy z hordami przeciwników. Każda misja ma też zadanie specjalne. Na przykład zabij wszystkich wrogów z określonej broni, albo nie strać punktów życia.
Dodatek zawiera 4 areny, które niestety są żywcem przeniesione z samej gry.
Jak wspominałem walka w Bioshocku nie była zachwycającym elementem (była wykonana na poziomie poprawnym), stąd też ten dodatek nie ma w sobie nic wielkiego i ważnego.
Pogrzeb na morzu część 1
Ten dodatek otwiera cykl dwóch dodatków wiążących Infinite z poprzednimi Bioshockami. Dla fanów tych gier jest to ciekawa rzecz. Problemem jest jednak to, że pierwsza część w gruncie rzeczy dość krótka. Całość można przejść w dwie godziny.
Dodatek jest dość drogi i jak na tak krótką grę kosztuje zbyt dużo. Na szczęście każdy, kto posiada Polską pudełkową wersje gry wszystkie trzy dodatki dostaje gratis.Na steam można wykupić dostęp do wszystkich dodatków i jest to bardziej opłacalna opcja. Zwłaszcza jak znajdziemy jakąś dobrą ofertę.
Pogrzeb na morzu część 2
Druga część jest znacznie dłuższa. Można powiedzieć wręcz, że jest trochę za długa. Fabuła powiem jest dość prosta, ale trochę za bardzo przeciągana na siłę. Warto wspomnieć, że w tym dodatku wcielamy się w Elisabeth, co ma zasadnicze wady. Po pierwsze nikt nam nie podaje amunicji, ani soli. Po drugie nie widzimy Elisabeth. Po trzecie postać ta jest znacznie słabsza w walce i wiele poziomów jest stworzonych wokół skradania.
Jest tu jeszcze więcej nawiązań do Bioshocków. Sam dodatek ma swoje plusy jednak mnie jakoś nie zachwycił. Jeśli mamy go za darmo to warto przejść, ale czy warto kupować? No tylko jeśli ktoś bardzo lubi Bioshocka.
Warto też zauważyć iż oba dodatki Pogrzeb na morzu dość mocno odchodzą od atmosfery Bioshock Infinite i trochę mi się to nie podobało. Mimo wszystko wolałbym cos bliższego głównej grze.
Choć są pewne momenty, którymi się nieźle zachwyciłem, to były też takie które mnie zamęczyły i były dla mnie już trochę zbyt przesadnie mroczne.
CIEKAWOSTKI
-Sama gra zmieniała się przez lata. W pierwszym filmiku odnośnie gry, pochodzącym z 2010 roku, Elizabeth wygląda nieco inaczej i pełni inną rolę w walce. Zamiast szukać amunicji to używa specjalnych umiejętności do walczenia z atakującymi nas wrogami.
-W 2011 pokazano filmik z rozgrywki. Żadna z tych sekwencji nie trafiła do ostatecznej gry. Warto jednak dodać, że w ów filmiku znajduje się odniesienie do Gwiezdnych wojen. W jednym z momentów widać kino z napisem Revenge of the Jedi (tytuł który miała mieć 6 część Star Wars zanim zmieniono ją w Powrót Jedi).
Gra Bioshock Infinite jako gra nie wymiata, wręcz miejscami irytuje i nudzi. Jednak jako opowieść jest naprawdę ciekawą pozycją, która może zainteresować nawet niedzielnych graczy.
Szkoda, że nie ma więcej takich gier. Chętnie zobaczyłbym opowieść z tak ciekawą fabułą wśród gier Star Wars. Niestety zamiast tego produkują Battlefronta, który nie będzie miał fabuły.
Szkoda, że twórcy gier nie dostrzegają potencjału opowiadania opowieści w nich. Sami gracze czasami mówią. "Chcesz fabuły? to obejrzyj sobie film.". Co pokazuje, że ludzie nie rozumieją, że opowieść opowiedziana w grze jest inna niż filmowa. Gra poprzez interaktywność ma większą możliwość wciągnięcia nas w opowieść.
środa, 17 czerwca 2015
Nostalgiczna telewizja (1) Europa da się lubić
Jak już zobaczyliście w moim rankingu najbardziej nostalgicznych programów telewizyjnych bardzo lubiłem program "Europa da się lubić". Mój opis zawarty w ów artykule był nieco chaotyczny, przez co postanowiłem napisać nieco więcej o tym programie.
Ze wszystkich programów jakie leciały w telewizji ten lubiłem najbardziej. Zaczęło się w 2003 roku, kiedy to przez cały miesiąc miałem nogę w gipsie. Dzięki temu zamiast chodzić do szkoły mogłem całymi dniami siedzieć przed telewizorem (internet wtedy wydawał mi się nierealnym marzeniem). Przełączając po kanałach natrafiłem na TVP2 i program "Europa da się lubić". Obejrzałem i uznałem, że jest to w miarę ciekawy program. Jednak to nie był moment, kiedy zostałem jego wielkim fanem. Nie było źle, ale to jeszcze nie był poziom, który potrafiłby mnie jakoś wciągnąć. Niby wszystko było na swoim miejscu, jednak dopiero w następnych sezonach program kompletnie rozwinął skrzydła.
Co ciekawe na zakończenie pierwszego sezonu poleciał odcinek specjalny. Nie było to nic szczególnego, po prostu zmontowane różne fragmenty z odcinków programu. Ów odcinek miał emisje tylko raz i to dość późno (Niedziela 22.45). W internecie nie ma żadnych danych o nim, nie istniał on w oficjalnym spisie jaki można było znaleźć na stronie TVP kiedyś. Na wikipedii też nie ma o nim żadnej informacji. Pamiętam oprócz pory o której leciał to, że był on dłuższy niż godzina. Na tym urywają się wszelkie moje wspomnienia o tym.
Nastał 2 sezon. Zdecydowanie program nabrał kolorów. Było znacznie ciekawiej, zabawniej i jakoś znacznie lepiej się to oglądało. Pojawiło się parę nowych osób, które nadawały programowi wiele uroku jak chociażby Elisabeth Duda czy Martina Karlova. Same odcinki miały też ciekawe tematy przewodnie.
Warto wspomnieć iż był to czas szczytu popularności programu. Jego uczestnicy zaczęli się co raz częściej pojawiać w innych programach. Latem 2004 roku był specjalny program Lato bez granic. Była to letnia modyfikacja Pytania na śniadanie, którą współprowadzili uczestnicy z "Europa da się Lubić".
3 sezon w sumie był fajny, ale jakoś się nie wyróżniał. Jak dla mnie był trochę słabszy. Nie wiem czy to kwestia poruszanych tematów, czy tego, że nieco rzadziej na ekranie pojawiały się osoby, które lubię najbardziej.
Z okazji 50. odcinka pojawił się benefis "Europa da się lubić". Był on bardzo słaby. Całość trochę zrealizowana bez pomysłu. Różne żarty, występy były dość nudne. Ostatnimi czasy udało mi się obejrzeć go jeszcze raz i zrobił na mnie równie negatywne wrażenie.
Kolejnym rozczarowaniem był fakt iż w wakacje 2005 roku nie było żadnych powtórek programu. Nie dość, że trzeba było czekać kilka miesięcy na nowe odcinki to nie było możliwości objerzenia ponownie poprzednich, ani zobaczenia tych, które się przegapiło. Warto wspomnieć, że program nie posiadał żadnego pasma powtórkowego, więc jeśli przegapiło się dany odcinek to można było liczyć tylko na to, że kiedyś dadzą powtórkę. A te jak były puszczane to w godzinach typu 13 w środku tygodnia i to kompletnie losowo dobierając odcinki. Tak więc możliwość obejrzenia powtórek w wakacje byłaby fajna.
Po wakacjach pojawił się kolejny sezon programu. Pasmo rozczarowań kontynuowane. Pierwszy odcinek, który nam zaprezentowano po wakacjach czyli Europa Miss był dość nudny i słaby. W dodatku zmienił się wygląd studia. Był on może i ładny, ale nie pasował do tego programu. Ten pomarańczowo-fioletowy wystrój był w programie najdłużej i gdy go ujrzałem pomyślałem sobie "Jakie to beznadziejne. Gorszego nie mogli wymyślić" (dobra rada: nigdy nie mów gorzej być nie może bo wszechświat może zrozumieć to jako wyzwanie, ale do tego wrócimy później :D )
Na szczęście kolejne odcinki 4 sezonu serialu wynagradzały słaby poziom tego pierwszego. A już dwa tygodnie po emisji tego marnego odcinka pokazano ten, który do dziś jest moim ulubionym czyli Vive la France! Był on dość zabawny, interesujący i było w nim dużo Elisabeth Duda.
To był sezon przy którym wciągnąłem się na maxa w oglądaniu programu. Jak tylko zaczynał się program rzucałem wszystko i oglądałem.
Co ciekawe w tym sezonie popularność programu spadła. Wynikało to z tym, że po wejściu Polski do Unii skończył się szał na związane z tym programy. Poza tym program był nadawany w niedzielę o 20, kiedy TVN wypuścił 2. edycje Tańca z gwiazdami. Europa da się lubić rzucano po ramówce (wrzucano go na poniedziałki 21, środy o 19). Mówiło się nawet zdjęciu programu z anteny.
Sezon 5 był nieco słabszy. Co raz częściej poruszano tematy, które już miały swój odcinek. Zwłaszcza pod koniec tego sezonu widać było trochę więcej nudy i wtórności. Były też jasne punkty. 100 odcinek został uświęcony porządnym odcinkiem, co mnie cieszyło.
W sezonie piątym program powoli zniżał swoją formę.
Jednak był on niczym wobec szóstego sezonu. Wygląd studia przerzucił się z jednej skrajności w drugą. Po bardzo jaskrawych kolorach, teraz studio było czarne. Kompletnie nie pasowało to do rozrywkowego programu.
Poruszane tematy to głównie powtórki tego co już było. I nie byłoby może w tym nic złego, gdyby nie fakt iż podobnie jak w poprzednim sezonie co raz więcej pojawiało się nowych uczestników. Ci zaś nie mieli tego czegoś, co przyciągało widza. Większość z nich była po prostu nudna.
Zwieńczeniem programu był odcinek Europa bye, bye, który został specjalnie nakręcony po tym jak ogłoszono zakończenie emisji programu. Był on pożegnaniem z programem. Dla mnie było to dość spore wydarzenie. Cieszę się, że TVP dała możliwość fanom programu pożegnać się z nim zamiast po prostu urywać go bez słowa. Było to dla mnie o tyle ważne, ponieważ pomimo niskiego poziomu programu w tym sezonie, ja nadal go oglądałem. Przyjemnie było więc zobaczyć oficjalne zakończenie, w którym pojawią się ci najbardziej znani uczestnicy.
Gdy program się kończył czułem, że nadszedł czas na koniec programu. Po prostu szósty sezon i większość piątego pokazywały, że program ten powoli upada. Jednak nie żałuje tych chwil spędzonych przed telewizorem. W owym czasie raczej byłem dość samotny. Nie wiele było rzeczy, które sprawiały mi radość. Ale ten program niezmiernie mnie cieszył. I jestem w stanie wybaczyć każdy słabszy sezon za te które były najlepsze.
Moje wypowiedzi na temat sezonów nie mają charakteru dokładnej recenzji. Wynika to z tego, iż dziś właściwie to nie da się obejrzeć tego programu. Tak, więc moje opinie opierały się głównie na wspomnieniach jakie mi zostały.
W programie obcokrajowcy mieszkający w Polsce opowiadali o swoich krajach. Program ten wystartował w 2003 roku i miał za zadanie przybliżyć Polakom kraje europejskie.
Co ciekawe na zakończenie pierwszego sezonu poleciał odcinek specjalny. Nie było to nic szczególnego, po prostu zmontowane różne fragmenty z odcinków programu. Ów odcinek miał emisje tylko raz i to dość późno (Niedziela 22.45). W internecie nie ma żadnych danych o nim, nie istniał on w oficjalnym spisie jaki można było znaleźć na stronie TVP kiedyś. Na wikipedii też nie ma o nim żadnej informacji. Pamiętam oprócz pory o której leciał to, że był on dłuższy niż godzina. Na tym urywają się wszelkie moje wspomnienia o tym.
Nastał 2 sezon. Zdecydowanie program nabrał kolorów. Było znacznie ciekawiej, zabawniej i jakoś znacznie lepiej się to oglądało. Pojawiło się parę nowych osób, które nadawały programowi wiele uroku jak chociażby Elisabeth Duda czy Martina Karlova. Same odcinki miały też ciekawe tematy przewodnie.
Warto wspomnieć iż był to czas szczytu popularności programu. Jego uczestnicy zaczęli się co raz częściej pojawiać w innych programach. Latem 2004 roku był specjalny program Lato bez granic. Była to letnia modyfikacja Pytania na śniadanie, którą współprowadzili uczestnicy z "Europa da się Lubić".
3 sezon w sumie był fajny, ale jakoś się nie wyróżniał. Jak dla mnie był trochę słabszy. Nie wiem czy to kwestia poruszanych tematów, czy tego, że nieco rzadziej na ekranie pojawiały się osoby, które lubię najbardziej.
Z okazji 50. odcinka pojawił się benefis "Europa da się lubić". Był on bardzo słaby. Całość trochę zrealizowana bez pomysłu. Różne żarty, występy były dość nudne. Ostatnimi czasy udało mi się obejrzeć go jeszcze raz i zrobił na mnie równie negatywne wrażenie.
Kolejnym rozczarowaniem był fakt iż w wakacje 2005 roku nie było żadnych powtórek programu. Nie dość, że trzeba było czekać kilka miesięcy na nowe odcinki to nie było możliwości objerzenia ponownie poprzednich, ani zobaczenia tych, które się przegapiło. Warto wspomnieć, że program nie posiadał żadnego pasma powtórkowego, więc jeśli przegapiło się dany odcinek to można było liczyć tylko na to, że kiedyś dadzą powtórkę. A te jak były puszczane to w godzinach typu 13 w środku tygodnia i to kompletnie losowo dobierając odcinki. Tak więc możliwość obejrzenia powtórek w wakacje byłaby fajna.
Po wakacjach pojawił się kolejny sezon programu. Pasmo rozczarowań kontynuowane. Pierwszy odcinek, który nam zaprezentowano po wakacjach czyli Europa Miss był dość nudny i słaby. W dodatku zmienił się wygląd studia. Był on może i ładny, ale nie pasował do tego programu. Ten pomarańczowo-fioletowy wystrój był w programie najdłużej i gdy go ujrzałem pomyślałem sobie "Jakie to beznadziejne. Gorszego nie mogli wymyślić" (dobra rada: nigdy nie mów gorzej być nie może bo wszechświat może zrozumieć to jako wyzwanie, ale do tego wrócimy później :D )
Na szczęście kolejne odcinki 4 sezonu serialu wynagradzały słaby poziom tego pierwszego. A już dwa tygodnie po emisji tego marnego odcinka pokazano ten, który do dziś jest moim ulubionym czyli Vive la France! Był on dość zabawny, interesujący i było w nim dużo Elisabeth Duda.
To był sezon przy którym wciągnąłem się na maxa w oglądaniu programu. Jak tylko zaczynał się program rzucałem wszystko i oglądałem.
Co ciekawe w tym sezonie popularność programu spadła. Wynikało to z tym, że po wejściu Polski do Unii skończył się szał na związane z tym programy. Poza tym program był nadawany w niedzielę o 20, kiedy TVN wypuścił 2. edycje Tańca z gwiazdami. Europa da się lubić rzucano po ramówce (wrzucano go na poniedziałki 21, środy o 19). Mówiło się nawet zdjęciu programu z anteny.
Sezon 5 był nieco słabszy. Co raz częściej poruszano tematy, które już miały swój odcinek. Zwłaszcza pod koniec tego sezonu widać było trochę więcej nudy i wtórności. Były też jasne punkty. 100 odcinek został uświęcony porządnym odcinkiem, co mnie cieszyło.
W sezonie piątym program powoli zniżał swoją formę.
Jednak był on niczym wobec szóstego sezonu. Wygląd studia przerzucił się z jednej skrajności w drugą. Po bardzo jaskrawych kolorach, teraz studio było czarne. Kompletnie nie pasowało to do rozrywkowego programu.
Poruszane tematy to głównie powtórki tego co już było. I nie byłoby może w tym nic złego, gdyby nie fakt iż podobnie jak w poprzednim sezonie co raz więcej pojawiało się nowych uczestników. Ci zaś nie mieli tego czegoś, co przyciągało widza. Większość z nich była po prostu nudna.
Zwieńczeniem programu był odcinek Europa bye, bye, który został specjalnie nakręcony po tym jak ogłoszono zakończenie emisji programu. Był on pożegnaniem z programem. Dla mnie było to dość spore wydarzenie. Cieszę się, że TVP dała możliwość fanom programu pożegnać się z nim zamiast po prostu urywać go bez słowa. Było to dla mnie o tyle ważne, ponieważ pomimo niskiego poziomu programu w tym sezonie, ja nadal go oglądałem. Przyjemnie było więc zobaczyć oficjalne zakończenie, w którym pojawią się ci najbardziej znani uczestnicy.
Gdy program się kończył czułem, że nadszedł czas na koniec programu. Po prostu szósty sezon i większość piątego pokazywały, że program ten powoli upada. Jednak nie żałuje tych chwil spędzonych przed telewizorem. W owym czasie raczej byłem dość samotny. Nie wiele było rzeczy, które sprawiały mi radość. Ale ten program niezmiernie mnie cieszył. I jestem w stanie wybaczyć każdy słabszy sezon za te które były najlepsze.
Moje wypowiedzi na temat sezonów nie mają charakteru dokładnej recenzji. Wynika to z tego, iż dziś właściwie to nie da się obejrzeć tego programu. Tak, więc moje opinie opierały się głównie na wspomnieniach jakie mi zostały.
piątek, 15 maja 2015
Wyzwanie 100 filmów w 2015 roku cz.6
Ostatnio mało oglądałem filmów, więc tym razem tylko dwie krótkie recenzje
45. Megamocny
Reklamy i plakaty raczej pokazywały ten film jako komedie. Coś w stylu Shrek czy Epoki lodowcowej. Prawda jest taka, że ten film nie jest komedią.
Co prawda bierze pewne schematy, wykrzywia je i pokazuje w przerysowany sposób, ale dużo bardziej skupia się na postaciach, na ich problemach.
Fabuła nie powala oryginalnością. Większość użytych elementów już widzieliśmy jednak ten film ma ciekawe postaci i oglądanie ich problemów wciąga. Historia broni się bardziej dzięki postaciom, a nie samej fabule.
9/10
46. Zemsta Sithów
Ten film właściwie wydał mi się wspaniały tak jak kiedyś. W sumie to pomimo rozgałęzienia fabuły przedstawiono ją dość sprawnie. Nie było tu bałaganu wielu wątków jak chociażby w trzeciej części Piratów z Karaibów.
Nie jest to może film tak świetny jak oryginalna trylogia, ale jest dość blisko. Oglądając ponownie Atak klonów dostrzegałem co raz więcej problemów tego filmu i rzeczy które w nim nie wypaliły. Przy Zemście Sithów rzeczy, których można by się przyczepić są dostatecznie ukryte. O ile myśląc o filmie jak nerd, rozkładając go na czynniki pierwsze widzi się je i wygladają poważnie. Jednak w samym filmie nie rzucają się w oczy. Mimo, że można było poświęcić przejściu Anakina więcej uwagi, to jednak cała historia ma sens i jest świetnie pokazana.
W filmie mamy dość sporo pięknych planet, wspaniałe pojedynki na miecze świetlne (w dzisiejszych filmach jakoś zapomina się o tworzeniu porządnej choreografii walk). Wszystko to sprawia bardzo pozytywne wrażenie.
Ten film w przeciwieństwie do wielu dzisiejszych produkcji podkreśla emocje bohaterów, umiejętnie używa wszelkich w środków wizualnych jak i dźwiękowych by nadać sceną odpowiedni klimat.
To porządne kino jakiego teraz mi brakuje.
10/10
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
Biblioteka Jedi (2) Trylogia Thrawna
Teraz klasyka, która tak naprawdę rozpoczęła Expanded Universe. Wcześniej EU było tylko zwykłym odcinaniem kuponów od starej trylogii. Jednak w latach 90. pojawiła się trylogia Thrawna.
Trylogia Thrawna
Seria składa się z trzech tomów: Dziedzic Imperium, Ciemna strona Mocy i Ostatni rozkaz. Zostały one napisane na początku lat 90. Popularność serii spowodowała powstanie całej masy książek z uniwersum Star Wars.
Dlaczego warto to przeczytać?
1. Dalsze losy filmowych postaci
Dowiadujemy się co dalej z Hanem, Lukiem i Leią. Co działo się po bitwie O Endor, Jak toczy się dalej walka z Imperium. Timothy Zahn, który napisał tą książkę dobrze wykorzystuje filmowe postaci. Wykorzystuje potencjał jaki w nich jest.
2. Nowe postaci
W książkach pojawiają się także i nowe postaci. Autor jednak świetnie wplata je w świat sprawiając wrażenie jakby były w nim cały czas.
Tutaj po raz pierwszy pojawiły się takie postaci jak Mara Jade czy Wielki admirał Thrawn, które zyskały na tyle wielką popularność, że potem były dość często wykorzystywane w różnych innych książkach czy komiksach.
3. Fabuła
Jest ona ciekawa. Autor ładnie rozwinął świat pokazując nam zupełnie nowe miejsca. Poza tym fabuła jest wielowątkowa i raczej wszystkie wątki są interesujące.
Nowe elementy świata nie są wrzucone na siłę, mają swoją przeszłość i uzasadnienie. Gdy czytamy książkę czujemy jakbyśmy weszli do tego świata, nie jesteśmy zagubieni, ale jednocześnie mamy świadomość, że bohaterowie mają jakąś przeszłość.
Poza tym autor nie unikał pokazania emocji bohaterów, np. wątek Luke'a jest pewnym jego zagubieniem w obliczu nowego wyzwania. To sprawia, że postaci stają nam się bliższe. Zresztą nawet Imperium nie jest tu całkowicie złe. O ile w EU często przesadzano robiąc z Imperium albo bandę psychopatów, którzy z byle powodu będą bombardować miasta, albo bandę głupków, która da się łatwo pokonać. Tu tak nie ma. Imperium jest pokazane po prostu jako druga strona, bez faworyzowania, czy wartościowania.
4. Klimat
Trylogia ta dość sporo klimatu starej trylogii, jednak dorzuca tutaj coś od siebie. Rozwija świat o nowe planety, rasy, postaci. Poza tym to pierwsza historia, która otwiera nam fabułę o tym co działo się z głównymi postaciami po Powrocie Jedi. Późniejsze książki mimo iż nie zawsze nawiązują bezpośrednio to w jakiś sposób uznają pewne rzeczy, które zadziały się wcześniej.
Jeśli chcemy dowiedzieć się co wg Legendarnego kanonu działo się dalej z Lukiem, Hanem i Leią to należy zacząć właśnie tutaj.
CIEKAWOSTKI
-Tu można znaleźć fanowski audiobook całej trylogii.
-Na podstawie serii powstały komiksy, które opowiadają tą samą fabułę, jednak czyta się je znacznie gorzej niż książkę (dlatego lepiej sięgnąć po książkę).
-Fani tak pokochali tą serie, że w 2007 powstał list otwarty, aby zekranizować Trylogię Thrawna
-Był niegdyś projekt zrobienia animacji na podstawie tej serii, jednak nic z tego nie wyszło.
-Odwołanie się do Trylogii Thrawna pojawiło się w zwiastunie fanowskiej produkcji "Tales of the New Republic", która miała opierać się na motywach z książek i komiksów EU
Dowiadujemy się co dalej z Hanem, Lukiem i Leią. Co działo się po bitwie O Endor, Jak toczy się dalej walka z Imperium. Timothy Zahn, który napisał tą książkę dobrze wykorzystuje filmowe postaci. Wykorzystuje potencjał jaki w nich jest.
2. Nowe postaci
W książkach pojawiają się także i nowe postaci. Autor jednak świetnie wplata je w świat sprawiając wrażenie jakby były w nim cały czas.
Tutaj po raz pierwszy pojawiły się takie postaci jak Mara Jade czy Wielki admirał Thrawn, które zyskały na tyle wielką popularność, że potem były dość często wykorzystywane w różnych innych książkach czy komiksach.
3. Fabuła
Jest ona ciekawa. Autor ładnie rozwinął świat pokazując nam zupełnie nowe miejsca. Poza tym fabuła jest wielowątkowa i raczej wszystkie wątki są interesujące.
Nowe elementy świata nie są wrzucone na siłę, mają swoją przeszłość i uzasadnienie. Gdy czytamy książkę czujemy jakbyśmy weszli do tego świata, nie jesteśmy zagubieni, ale jednocześnie mamy świadomość, że bohaterowie mają jakąś przeszłość.
Poza tym autor nie unikał pokazania emocji bohaterów, np. wątek Luke'a jest pewnym jego zagubieniem w obliczu nowego wyzwania. To sprawia, że postaci stają nam się bliższe. Zresztą nawet Imperium nie jest tu całkowicie złe. O ile w EU często przesadzano robiąc z Imperium albo bandę psychopatów, którzy z byle powodu będą bombardować miasta, albo bandę głupków, która da się łatwo pokonać. Tu tak nie ma. Imperium jest pokazane po prostu jako druga strona, bez faworyzowania, czy wartościowania.
4. Klimat
Trylogia ta dość sporo klimatu starej trylogii, jednak dorzuca tutaj coś od siebie. Rozwija świat o nowe planety, rasy, postaci. Poza tym to pierwsza historia, która otwiera nam fabułę o tym co działo się z głównymi postaciami po Powrocie Jedi. Późniejsze książki mimo iż nie zawsze nawiązują bezpośrednio to w jakiś sposób uznają pewne rzeczy, które zadziały się wcześniej.
Jeśli chcemy dowiedzieć się co wg Legendarnego kanonu działo się dalej z Lukiem, Hanem i Leią to należy zacząć właśnie tutaj.
CIEKAWOSTKI
-Tu można znaleźć fanowski audiobook całej trylogii.
-Na podstawie serii powstały komiksy, które opowiadają tą samą fabułę, jednak czyta się je znacznie gorzej niż książkę (dlatego lepiej sięgnąć po książkę).
-Fani tak pokochali tą serie, że w 2007 powstał list otwarty, aby zekranizować Trylogię Thrawna
-Był niegdyś projekt zrobienia animacji na podstawie tej serii, jednak nic z tego nie wyszło.
-Odwołanie się do Trylogii Thrawna pojawiło się w zwiastunie fanowskiej produkcji "Tales of the New Republic", która miała opierać się na motywach z książek i komiksów EU
sobota, 18 kwietnia 2015
Telewizyjna podróż przez galaktykę (1) Ucieczka w kosmos
Dawno, dawno temu w odległej galaktyce...
No, a właściwie w latach 90. i przez pierwszą połowę poprzedniej dekady powstało kilka ciekawych seriali s.f.. Były to sciene fiction z prawdziwego zdarzenia pełne obcych, robotów, innych planet i różnych niezwykłych rzeczy.
Zupełne przeciwieństwo współczesnych produkcji, gdzie nawet jeśli bierze się w miarę niesamowity temat to robi się z niego coś przyziemnego. Chociażby na taką manierę cierpi Defiance, w którym akcja dzieje się w jednym miejscu na ziemi czy inne seriale teoretycznie s.f., ale raczej powinny być nazywane low s.f. (bo tylko biorą drobne elementy z gatunku).
Dzisiaj wrócimy do starych dobrych czasów. Do galaktyk pełnych niezwykłych rzeczy, do kosmicznych przygód jakich nie powstydziłyby się "Gwiezdne wojny".
Wpis ten zacznie przegląd najciekawszych moim zdaniem seriali space opera. z dawnych czasów.
No, a właściwie w latach 90. i przez pierwszą połowę poprzedniej dekady powstało kilka ciekawych seriali s.f.. Były to sciene fiction z prawdziwego zdarzenia pełne obcych, robotów, innych planet i różnych niezwykłych rzeczy.
Zupełne przeciwieństwo współczesnych produkcji, gdzie nawet jeśli bierze się w miarę niesamowity temat to robi się z niego coś przyziemnego. Chociażby na taką manierę cierpi Defiance, w którym akcja dzieje się w jednym miejscu na ziemi czy inne seriale teoretycznie s.f., ale raczej powinny być nazywane low s.f. (bo tylko biorą drobne elementy z gatunku).
Dzisiaj wrócimy do starych dobrych czasów. Do galaktyk pełnych niezwykłych rzeczy, do kosmicznych przygód jakich nie powstydziłyby się "Gwiezdne wojny".
Wpis ten zacznie przegląd najciekawszych moim zdaniem seriali space opera. z dawnych czasów.
Ucieczka w kosmos (Farscape)
Rok produkcji: 1999-2003
Nazywam się John Crighton...
Serial opowiada o astronaucie, który podczas lotu wahadłowcem wpada do tunelu czasoprzestrzennego. Trafia do innej galaktyki pełnej różnych kosmitów.
I ta galaktyka jest naprawdę inna. Twórcy naprawdę fajnie powkładali w fabułę różne drobnostki, które jeszcze bardziej rozbudowują ten świat. Sprawia to, że mamy wielki ciekawy świat pełen niesamowitych obcych.
....Jestem astronautą...
Serial w pewnym sensie wyprzedzał swoją epokę. Zamiast jak inne seriale tego typu, skupiać się na przygodach bohaterów, postanowiono tu się skupić na samych postaciach i relacjach między nimi. Tak samo nie jest on stricte przedstawicielem jednego gatunku, tylko łączy w sobie różne gatunki. O ile dzisiaj w serialach to w miarę normalne, ale w czasach gdy robiono ten serial tak nie było. Ten serial był prekursorem. Szedł w nową stronę. To sprawia, że serial jest wspaniały.
Przez tunel w czasoprzestrzeni dostałem się do odległej części wszechświata...
Mamy gromadkę wyrazistych postaci różnych ras. Przy czym inna rasa nie oznacza dodania innego kształtu uszu czy nosa jak w Star Trek czy Star Gate. Kosmici są bardzo inni. Pomimo iż są robieni starymi metodami (jak w klasycznych Gwiezdnych wojnach), to są bardzo żywi i prawdziwi. Częściowo to też wynika z historii. Cała fabuła wrzuca wiele detali na temat tego świata. Budują one jego realność. Poza tym też różne rasy nie tylko różnią się wyglądem, ale też pod względami kulturowymi. Każda społeczność jest inna i bohaterowie pochodzący z nich widać, że z niej pochodzą. Po prostu widać w nich wpływy kultur w których dorastali. Takie rzeczy sprawiają , że wierzymy w ten świat. Relacje Johna z kosmitami i różne dialogi w którym nasza rzeczywistość zderza się z tą inną rzeczywistością nadają temu serialowi wyjątkowego charakteru.
...na statek.... na żyjący statek pełen dziwnych, obcych form życia...
Cały serial to jedna wielka kantyna Mos Eisley z Gwiezdnych wojen. Wszędzie masę kosmitów robionych starymi metodami. Efekty CGI ograniczone do minimum, a te które są wyglądają bardzo klimatycznie. Serial pomimo żonglowania wieloma zupełnie przeciwnymi gatunkami jak komedia czy dramat, ma swój unikalny klimat. Czasem dzieją się tu nieco szalone rzeczy, czasami dzieją się poważne dramaty, wątpliwości.
Wzywam pomocy. Czy ktoś mnie słyszy?
Serial w przeciwieństwie do innych nie milczy przy tym, nie ucieka od emocji, czy pokazania problemów postaci (jak teraz robi się bardzo często w filmach fantastycznych/mających fantastyczne elementy). Gdy John trafia do tego innego świata, podkreśla się jego zagubienie, problemy ze zrozumieniem rzeczywistości. Dostosowanie się do tego świata jak w życiu jest długą drogą. Tak samo jak relacje między postaciami. Tutaj nie mamy tak, że postać dołącza do nich w pierwszym odcinku, a potem w 3. czy 4. ratuje pozostałym tyłki i są wielkimi przyjaciółmi. Nie, relacje są bardzo naturalne. Tak samo jak postaci. Każda z nich ma jakieś swoje wady. Każda z nich czasem musiała zrobić coś złego, albo stanąć w trudnej sytuacji. Ale pomimo tego wszystkiego serial nie jest telenowelą, czy smutnym dramatem. To nadal przygoda w stylu Gwiezdnych wojen, ale jeszcze bardziej szalona i jeszcze bardziej zagłębiająca się w postaci.
Aeryn: Dlaczego chcesz wrócić na planetę, na której szerzą się choroby i jest tyle nieszczęść?
John: Wy nie macie czekolady
Jeśli spodobał wam się film "Strażnicy galaktyki" i chcielibyście zobaczyć coś w tym stylu to właśnie ten serial jest warty uwagi. Przy czym pierwszy sezon ma pewne słabsze momenty (zwłaszcza w środku). Zresztą pierwszy odcinek pomimo iż jest bardzo fajny też nie jest odcinkiem w stylu "robimy wszystko by cię zachęcić". Raczej skupiają się na opowiedzeniu historii.
Warto przecierpieć gorsze momenty, bo serial jest tego wart.
Biblioteka Jedi (1) Star Wars Republic
Na prośbę znajomej uruchamiam cykl w którym będę opowiadał o książkach, komiksach i grach komputerowych Star Wars.
Republic
Nowa trylogia Star Wars nie była co prawda tak dobra jak stara. Jednak zbudowała nowy kawałek świata Gwiezdnych wojen, który został później wykorzystany między innymi w komiksach.
Seria o której dziś będziemy mówić na początku nazywała się Star Wars Ongoing. Od 46 numeru nadano jej nazwę Republic.
Jest to jedna z najlepszych i najciekawszych serii komiksowych Star Wars
Mamy czasy nowej trylogii. Rycerze Jedi muszą bronić Republiki przed różnymi zagrożeniami- konflikty polityczne, mroczni Jedi, aż w końcu pojawia się najcięższa dla nich próba... Wojny klonów.
Początki komiksu niczego nie urywają. Wręcz niektóre z pierwszych historii mogą się wydać nieco średnie. Seria zaczyna się dopiero w historii Zmrok, gdzie pojawia się rycerz Jedi Quinlan Vos.
Jeśli jesteście niecierpliwi albo nie chce się wam szukać poprzednich komiksów to możecie zacząć od Zmroku. Innym momentem początkowym jest komiks Ofiara, gdzie historia przenosi się w czasy Wojen klonów.
Dlaczego warto to przeczytać?
1. Fabuła
Komiks ten nie jest prostym odcinaniem kuponów od filmu. Główne postaci filmowe pojawiają przez jakąś zaledwie 1/4 serii. Dzięki temu twórcy mogli nam zaprezentować nowe postaci i historie związane bezpośrednio z nimi. Sprawdza się to bardzo dobrze. Fabuła jest czasami trochę mroczniejsza i poważniejsza jak na Star Wars. Jest to dobry krok do przodu, bo dzięki temu mamy nieco ciekawsze historie. Seria odchodzi trochę od czystego podziału dobro i zło. Jeden z bohaterów balansuje na krawędzi, jest w sytuacjach, gdzie w gruncie rzeczy nie ma dobrego wyjścia. Są tu też postaci, których złe wydarzenia z przeszłości zostawiają trwały ślad na dalszym ich życiu. Oczywiście nie oznacza to, że SW zamieniono tu w jakiś smutny dramat. Pomimo tych dramatyczniejszych wątków to nadal są gwiezdne wojny, które lubimy.
2. Postaci
Znanym w kinie motywem jest, że na jakąś obcą planetę wychodzi dwóch bohaterów plus jakiś przypadkowy gość, którego nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Gdy przychodzi zagrożenie oczywiście ów przypadkowy gość ginie. I właściwie nie jest to, ani poruszające, ani zaskakujące, ani też oryginalne. Tutaj jednak tego w pewien sposób uniknięto. Każdy taki przypadkowy gość, który pojawia się chociaż przez chwilę jest na tyle wyraziście stworzony, że nie widzimy w nim kukły, która zaraz zginie. Widzimy w nim kolejną postać, która zginęła. To dość ciekawe, że twórcom udało sie tknąć życie nawet w pojawiające się tak krótko postaci.
A co dopiero z głównymi. Te są naprawdę ciekawe. W całej serii mamy w sumie trzy duety, które są głównymi postaciami: Ki Adi Mundi i jego padawan, Quinlan Vos i Aayla Secura oraz Obi Wan i Anakin.
Postaciami, które najbardziej zapadają w pamięć to Vos i Aayla Secura. Są to postaci w miarę złożone, ale jednocześnie wyraziste. Pozostałe postaci są bardzo dobrze napisane i postarano się by nie były zbyt nudne.
3. To są prawdziwe wojny klonów
Gdy fani myślą o wojnach klonów maja myśli właśnie ta serie. O ile w serialu ów konflikt został przedstawiony dość infantylnie to tutaj postarano się, aby wojna była wojną. Mamy różne historie odnoszące się do negatywnych konsekwencji wojny. I są one ciekawe. Jest tu sporo akcji, ale nie bano się wrzucić tu mądrej myśli czy trochę dramatyczniejszej fabuły.
W tych komiksach dużo się dzieje, są ciekawe pojedynki. Tak więc pomimo przejścia w poważniejsze tony to nadal pełne blasterów i mieczy świetlnych Gwiezdne wojny, które lubimy.
4. Ciągłość i nie ciągłość
Komiksy te przypominają strukturą serial. Wszystkie historie razem tworzą długą, ciekawą fabułę. Jednak jeśli natrafimy na którąś historie ze środka to nadal ją zrozumiemy i nadal będzie ciekawie.
5. Polskie wydania
W Polsce seria była wydawana w czasopismach: Star Wars komiks, Star Wars komiks wydanie specjalne i Star Wars komiks Extra.
Seria jest warta uwagi, zwłaszcza jeśli ktoś szuka czegoś klimatycznego w świecie Star Wars, ale będącego czymś więcej niż tylko naparzaniem się na miecze świetlne. Jest to jedna z popularniejszych serii komiksowych Star Wars.
Komiksy te przypominają strukturą serial. Wszystkie historie razem tworzą długą, ciekawą fabułę. Jednak jeśli natrafimy na którąś historie ze środka to nadal ją zrozumiemy i nadal będzie ciekawie.
5. Polskie wydania
W Polsce seria była wydawana w czasopismach: Star Wars komiks, Star Wars komiks wydanie specjalne i Star Wars komiks Extra.
Seria jest warta uwagi, zwłaszcza jeśli ktoś szuka czegoś klimatycznego w świecie Star Wars, ale będącego czymś więcej niż tylko naparzaniem się na miecze świetlne. Jest to jedna z popularniejszych serii komiksowych Star Wars.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








